24 listopada

Widzę przed sobą ten przerażający obraz. Obraz, na którym nie ma ludzi, nie ma żadnego drzewa. Widzę świat, w którym nie ma śladu świata, gdzie krew spływa potokami topiąc śnieg. U stóp zbocza wszystko miesza się z błotem. A ja wciąż widzę obraz. Obraz przemoknięty od łez. Próbuję prześcignąć przyjaciół i wrogów, ale to nic nie da. Co z tego, że mogę? Co z tego, że nie sprawi mi to żadnego problemu? Odlatuję, zapominam. Coraz częściej wydaje mi się, że nie chcę mieć z tym nic wspólnego. Siedzę, mam oczy otwarte i wciąż widzę obraz. Zamykam je, lecz wciąż trwa mi przed oczami. Obraz niczym z koszmaru sennego. Nie ma ludzi. Podbiegam szybko i rwę na strzępy powłokę, napotkaną istotę [NIE]ludzką. Nie pomaga? Krwi wcale nie przybywa. Nie ma jak. Rozrywam więc obraz. Płaczę i tnę wzdłuż. I co? Wciąż widzę obraz. Zwracam głowę w kierunku południowym i paraliżuje mnie strach. “Oko Saurona”. Strach chwilowy, bo ja wiem jak sobie z nim poradzić. Mimo to przeraża mnie moc Czarnego Władcy, czuję na sobie jego wzrok, wiem, że mnie obserwuje. Zaczyna mnie boleć głowa, wydaje się, że potrzeba więcej wysiłku. Boję się, że mogę się okazać kolejnym człowieczkiem zdolnym do popełnienia czynu nie akceptowalnego społecznie.

część szesnasta 15-16 listopada 2004

Zasnąć wiecznym snem – nie interesuje mnie to wszystko dzisiaj. Nie ma Wieczności, bo bohaterka – anioreh – zasłania oczy, pokazuje wyimaginowane ścieżki. Bez bólu. Libertad, libertad. „To co odeszło, już nie wróci” – a niespodzianka. Nieprawda. On strącony ponad tęczę, ty myślisz tylko o jednym. Chciałeś tylko bym wróciła, obchodzi cię tylko kolejna noc pełna chorej namiętności, a to, że on mnie potrzebuje, gówno cię obchodzi. Niech więc dziś mnie też nic i nikt nie obchodzi. Poszłam w [gdzieś], patrzeć w księżyc i odsłaniać chmury. Oto część opowieści chyba najmniej ciekawa i najmniej prawdziwa..

część czternasta 10 listopada 2004

Usiadła. Podążała wzrokiem za widokiem zza szyby, któy uciekał, a w miarę upływu czasu stawało się coraz jaśniej. Zbliżał się kres lotu. Szybciej niż się spodziewała. Wypadałoby się najpierw rozejrzeć, w końcu ma więcej czasu. Nieprecyzyjne wskazówki spowodowały jednak, że na miejsce zdążyła w ostatniej chwili.
Piasek pustyni rozsypany wokół piramid przez postacie bóstw spoglądające od wieków na Egipcjan. Spróbujmy przedostać się choć na chwilę do Krainy Umarłych. Spotkała pożeraczkę serc. Obok cztery urny i sarkofag. Ozyrys, Izyda, wizyta w Achetaton. Ostatni spacer spędziła na rozmowie z Nefertiti.
Oczekując na swój transport już czuła tęsknotę podsycaną jednocześnie świadomością, że wkrótce tu powróci. To dobrze, bo do obejrzenia i być może odkrycia jeszcze trochę zostało.

… Borobudur… czyżbym wracała do domu?

część dziewiąta 16-31 października 2004

Bod Rangdzen!

Wzrok, ludzie poszukujący i zagubienie wśród gąszczu „oświeconych”. Każde kolejne spotkanie i każda rozmowa przestaje dziwić. Powtórka z autokaru. Wbiegłam, usiadłam, ochłonęłam, chociaż nie do końca, bo nie dało się wtedy osiągnąć stagnacji; postój to zjawisko niepożądane. Pytanie: „Jaki jest sens?”. Znikąd, takie zaskakujące. I miłość, która objawiła swoje całkowite oblicze, wszystko i nic.
W ciszy nastąpiło połączenie, siła dla serca, siła dla czynów, siła dla słów. Mówi o prawdzie, dla was, tylko dla was, poszukując was, każdego z was, w tym anonimowym tłumie. Animowanym tłumie. Animacja słowna. Niech obracaja się dalej, ruchem obiegowym i obrotowym. Ponad program wszystko. Kończąc na wzroku, na wzroku, na wzroku. Malując tęczę na ścieżkach waszego życia.