dharmakaja blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2005

Sądziłam, że notki typowo pamiętnikowe na tym blogu się już nie pojawią. Nie jestem szczególnie pewna, czy mimo wszystko są one w jakiś sposób typowe. Wyjątkowo od jakiegoś czasu dałam się pokierować emocjom, właśnie w tej chwili, gdy z głośników dopływa do mnie A Perfect Circle. Thirteenth Step to świetna płyta. Ja jednak dziś chciałam dotrzeć w wędrówce słownej do trochę innego obszaru.
Zawahałam się na chwilę, bo dając się porwać dzisiejszym emocjom zastanawiam się, czy powinnam pozbywać się magii niedosłowności… Być może odzywają się te resztki dumy, która przeszkadzała i przynosiła tylko cierpienie.

Międzyczas.

Szukałam inspiracji. W pewnym momencie życia stało się to wręcz obsesją. Natchnieniem stawały się obrazy zarówno te odbierane wzrokiem, słuchem jak i dotykiem, choć zdarzało mi się je również odbierać przy pomocy innych zmysłów wliczając w to szósty, siódmy i inne, jeśli oczywiście przyjąć, że takowe istnieją. Wenę czerpałam z książek, dźwięków, wiele próbowałam wyciągnąć od napotkanych przeze mnie osób. Bałam się zaprzeczenia, negacji, ale z drugiej strony podświadomie czegoś takiego poszukiwałam. Gdy doszczętnie wyburzyłam wszystko wewnątrz i wszystko dookoła, nie miałam juz ochoty budować, bo zwyczajnie poczułam się szczęśliwa. Byłam ja i wolna przestrzeń. Czasem nie było mnie, czasem przestrzeni, czasem jednego i drugiego. Przez to wszystko przewijały się czasem myśli, odczucia, przedmioty i ludzie. To, że byli/nie byli [niepotrzebne skreślić] stało się źródłem niemożliwej do wyczerpania inspiracji.

Umysł wolny od stałego wyobrażenia o kimś, kto czyni coś dla kogoś innego, jest jak słońce promieniujące samo z siebie
Lama Ole

Najdłuższy rytuał
wstępna opowieść gdzieś obok równowagi

Stoję w kręgu wypowiadając szeptem inkantacje, które mają ją przywrócić do życia. Dokonałam morderstwa na istocie bez duszy, lecz była ona kimś ważnym dla mego niedoszłego w pewnym sensie poprzednika. Nie mogę tego przyspieszyć, więc pilnuję, żeby chociaż się nie pomylić. Nie chcę, by ten, zamiast którego tu stoję, przedwcześnie odkrył swoją moc. Mam słuszne obawy, że jest ona większa od mojej i nie chcę, by mnie powstrzymał. Jedna ręka straciła czucie, oddaję właśnie część swojego serca. Swoje człowieczeństwo. Tracę już głos, więc muszę swe zaklęcia wypowiadać bezgłośnie, co jeszcze utrudnia całą sprawę. Coraz łatwiej o pomyłkę. Widziałam jak wchodzi i staje jak wryty. Cóż, wychodzi na to, że będę musiała oddać więcej niż planowałam. Zanim utraciłam świadomość, zobaczyłam tylko, jak podbiega i ingeruje w krąg. Tak, jakby wiedział od zawsze, jak to zrobić. Pomyslałabym pewnie, że tego się bałam, gdybym na potrzeby rytuału nie uciszyła swych myśli.

Uczynił co było trzeba i powstrzymał mnie od altruistycznego czynu. Czekało go jednak o wiele trudniejsze zadanie. Zmierzyć się z mądrością, która do niego powróciła i odzyskać życie. Moje życie. Gdybym była w stanie, nie pozwoliłabym mu na to. Był jednak jedynym w historii… człowiekiem?… który mógł to zrobić bez zostawiania czegoś cennego za bramą. Poruszył moc.

Potem pojawili się Wojownicy Równowagi, Siedmiu ze Strony Nauki, Siedmiu ze Strony Mocy. Zachwialiśmy mocno Równowagą między tymi dwoma Światami. Co prawda przyczyniliśmy się [nieświadomie] do odnalezienia następcy Strażnika, ale nie mogliśmy już żyć jak do tej pory. Mimo że mieliśmy sporo Mocy, nie byliśmy w stanie przeciwstawić się Wojownikom. Zresztą, nie było chyba takiej potrzeby. Od tej pory staliśmy się odpowiedzialni za poszukiwania następcy Strażnika za każdym razem, gdy będzie kończyła się jego „kadencja”.

Odebrano nam pamięć i nie pozwolono na dalsze świadome spotkania. Wszak mieliśmy stać się łącznikami między Strażnikiem a poszczególnymi Siódemkami, a razem byliśmy zbyt wielkim zagrożeniem dla Stron.

Tak żyliśmy w rozdzieleniu nieświadomi szykującej się Wojny.

… i tym samym zakończenie Rozdziału Pierwszego

Korytarz, który wybrał tym razem nie był ciemny. Co jakiś czas mijał pochodnie, więc mógł spokojnie analizować malowidła na ścianie. Niestety, nadal nei był w stanie przeczytać żadnego napisu, więc po prostu przerysował część do swojego notatnika – zajmie się tym po powrocie.

Szedł i szedł, a końca tunelu jak nie było tak nie ma. Gdy już całkiem przestał się orientować, na końcu korytarza pojawiła się większa sala. Przejście nadal było tej samej szerokości, z tą tylko różnicą, że sufit był znacznie wyżej, zamiast ścian po obu stronach, wybudowano podłużne baseny z wodą. Strasznie mętną wodą. Nie myślał jednak o tym, bo był już strasznie poirytowany faktem, że tak się wszystko dłuży. Zauważył podest z amuletem, choć trudno byłoby go nie zauważyć, gdyż poza basenami i tym właśnie podestem nic się w sali nie znajdowało.

Z artefaktem spoczywającym bezpiecznie przy pasku ruszył w drogę powrotną, tym razem z pochodnią w ręce. Wydawało mu się, że korytarz trochę się zmienił, ale pomyślał, że to pewnie kwestia drobnego zmęczenia i innej perspektywy. Szedł przecież w przeciwną stronę.

Gdy był już w sali z trzema wejściami, musiał się zastanowić, co dalej. Nad środkowym tunelem był hieroglif przedstawiający labirynt, w dodatku nie był to tylko napis, zaś po lewej jedyne co rzucało mu się w oczy to obraz przedstawiający kobietę. Chciał wszystko załatwić w jak najkrótszym czasie, więc postanowił ruszyć środkowym korytarzem w stronę spodziewanego wejścia do „labiryntu”.

Po drodze napotkał parę standardowych jak na Egipt pułapek, więc nie przejął się nimi zbytnio, choć mało brakowało, a zgubiłby swój wypieszczony kapelusz Indiany Jonesa, bo ten zsunął mu się z głowy przy szybkim skoku.

Po tych kilku przeszkodach znalazł się w końcu w sali z wielkimi drzwiami. Było tam również tak zwana dziurka od klucza. Była umieszczona w drzwiach [a jakżeby inaczej :p] w dziwnego kształtu wgłębieniu. Zastanowiło go, dlaczego otwór jest tylko jeden. Amulet w kształcie ankh [choć nie do końca, ale o tym zdążył się już przekonać podczas zarwanej nocy przed wyprawą] powinien zostać umieszczony w trzech otworach ułożonych na jednej prostej linii. Cóż, może trzeba go po prostu odpowiednio wygiąć.

Już miał podjąć pierwszą próbę złamania ramienia artefaktu, gdy nagle usłyszał:

- Stój!

Kobiecy głos. Obrócił się szybko i zamarł. Tak, to była Ona, co do tego nie miał żadnych wątpliwości. Wyglądała jednak co najmniej dziwnie. Nigdy nie miała na sobie wieleubrania, jednak tym, razem wyraźnie ktoś albo coś jej je częściowo zdarło. Była poraniona na ramionach, warzy, a z rany na udzie wciąż spływało trochę krwi.

- Co ci…?

- Nie czas na zadawanie głupich pytań. – przerwała. – Mamy zadanie.
I w tym momencie ruszyła w jego stronę. I drzwi. W tym momencie ocknął się i celującw nią z rewolweru, który zdążył wyciągnąć, powiedział:

- Dlaczego znowu mam ci pozwolić na zgarnięcie laurów? Ja znalazłem amulet i ja się tym zajmę!

Zatrzymała się z drwiącym uśmieszkiem.

- Nie bądź śmieszny, do mnie nie strzelisz.

Nie opuścił broni, ale wiedział niestety, że ma racje. Zanim zdążył coś odpowiedzieć, ona dodała

- W dodatku nie masz pojęcia, co robić.

- Skąd… – wymsknęło mu się od razu. Znów nie przemyślał odpowiedzi.

- Skąd wiem? Nie przeczytałeś notatek. Próba użycia samego amuletu nadrzwiach może skończyć się tragicznie dla labiryntu,ciebie, a nawet i kompleksu trzech piramid nie wspominając już o sfinksie. Zresztą, powiniśmy się spieszyć.

Nie wiedzieć czemu nie powstrzymał jej, gdy wyciągnęła coś płaskiego. Przedmiotmiał ten sam dziwny kształt co wgłebienie w drzwiach. Wczasie, gdy umieszczała to na miejscu i obracała środkową część, by mogły siępojawić nie wiadomo jakim sposobem trzy [a nie jeden] otwory, jego uwagę zaprzątało coś, co poruszało się w korytarzu.

- Musimy sie spieszyć! Daj mi to!

I wyrwała mu amulet. Obróciła go w drzwiach określoną liczbę razy i brama zaczęła się rozwierać. Nie zdążył zaprotestować. Po prostu wchłonęło go do środka. Nie dowiedział się nigdy, co stało się z nią, bo nie dane mu było niegdy stamtąd wyjść.

Epilog

Cała grupa prowadząca badania zwinęła się dokładnie tydzień po tym wydarzeniu. Zrobiła to tuż po tym, jak z podziemi wyłoniła się ona. Była w tak okropnym stanie, że przy życiu wytrzymała jeszcze tylko kilka dni.

Pozwolenia na wykopaliska nigdy nie dostały i nie dostaną niewtajemniczone grupy, natomiast ci, którzy znają prawdę, nawet nie myślą o dalszych badaniach.

Na miejscu nie było mu dane zaznać chwili odpoczynku. Nikt oprócz znajomego profesora z uczelni nie chciał specjalnie z nim rozmawiać. Wydawało się, że przed jego przylotem nie działo się nic dziwnego, chociaż dla niego właśnie takim dziwnym wydarzeniem był fakt, że ONA jeszcze nie dała żadnego znaku. Czyżby zrezygnowała? Nie, to niemożliwe, wiedzieliby o tym. Co się więc stało?

Z całym potrzebnym wyposażeniem zszedł w końcu do tunelu pod kamienną płytą. Straż tam na górze została wzmocniona. Zdziwił go fakt, że na ścianach nie było nic. Z zapaloną latarką coraz pewniej stąpał prostym korytarzem. Z początku zastanowił go unoszący się w powietrzu zapach, ale po dłuższym „spacerze” tak do niego przywykł, że wręcz o nim zapomniał.

Po zdecydowanie dłuższym czasie tej wędrówki prostym nieoznakowanym korytarzem zaczął go irytować fakt, że nic się nie dzieje. W jego głowie pojawiały się podejrzenia, że może trzeba będzie zejść tu większą grupą i po prostu sprawdzić, czy nie ma nic za ścianami po obu stronach korytarza.

Szedł tak długo, że już stracił rachubę czasu. Na domiar złego kończyły się baterie w latarce. Nie brał zapasu, bo liczył na szybkie odnalezienie innego źródła światła. Zdziwiło go zresztą, że idzie już tak długo. Przecież baterie w tej latarce z reguły starczały na dwa dni ciągłego używania. Niemożliwe, że idzie już tak długo. Cóż, przynajmniej wie jak wrócić. Co to za filozofia iść ciągle prostym korytarzem, nawet w ciemnościach. Gdy latarka całkiem zgasła, postanowił, że zrobi jeszcze parę kroków, by zobaczyć, czy znajdzieinne źródło światła, w przeciwnym wypadku po prostu zawróci.

Ledwo zrobił te parę kroków, o coś się potknął. Ogarnęła go trwoga, bo przecież zanim wyczerpały się baterie, widział ten fragment korytarza wyglądający na kompletnie pusty. W tym momencie zauważył, że tunel dalej się rozjaśnia, więc woląc nie zastanawiać się dłużej nad tym, co spowodowało, że się potknął, po prostu ruszył naprzód. Zauważył, że ściany przybrały czerwonawy kolor, jednak nadal nic na nim nie było. Światło dochodziło z niewielkiego pomieszczenia, o ile można ten szerszy korytarz nazwać pomieszczeniem. Jakim cudem pochodnie się tu palą? Przypomniało mu się wcześniejsze zdziwienie spowodowane unoszącym się wszędzie zapachem ropy.

Do dyspozycji miał teraz trzy korytarze. Nie były niczym oznakowane, no może nie licząc dronych napisów hieroglificznych nad każdym z wejść. Środkowe napisy były dodatkowe wyryte w ścianie i pewnie ruszyłby tym przejściem, gdyyy nie fakt, że nad wejściem po prawej znajdowały się rysunki z amuletu, który miał najpierw odnaleźć. Hieroglify nad tymi trzema tunelami nie układały mu się w logiczną całość. Nie był w stanie ich przeczytać w żaden sposób, co było zastanawiające. Uznał jednak ostatecznie, że to tunel po prawej jest odpowiedni i tam właśnie znajdzie amulet.

[na wstepie przepraszam wszystkich, którzy komentowali tą notkę za usunięcie komentarzy. na starym i nowym blogu występowały notki z lipca i chciałam ten problem rozwiązać usuwając tekst i umieszczając go jeszcze raz parę dni później]

Wiem, jak ciężko rozstać się ze stroną którą prowadziło się przez wiele miesięcy [a nawet lat]. Cieszę się, że dane mi jest kontynuować przygodę z blogowaniem mimo przykrych niespodzianek jakie przygotował dla mnie poprzedni pamiętnik.

Nie wiem, czy zdajecie sobie z tego sprawę, ale właśnie na przełomie lipca i sierpnia, tyle że roku 2003, założyłam swojego poprzedniego bloga. Jak się głębiej zastanowić, to chyba cieszę się, że mam nowego. I cieszę się, że trafiła mi się tak ciekawa nazwa. Creeda może wielu kojarzy się jedynie z zespołem muzycznym, ale dla mnie niech będzie wyznaniem wiary. Nie w Boga, nie w Kościół, nie w religijność, ale w człowieka.

Najdłuższe narodziny część druga

Labirynt… Ogromna świątynia składająca się z ponad 3000 komnat była astronomicznym sercem Egiptu.. …dowody dotyczące biblijnego Potopu, który ponownie … w roku 2012…

„Musisz cofnąć się teraz do roku 21 312, roku szokujących wydarzeń. W przeciągu czasu mniejszego niż godzina miała miejsce katastrofa. Nie tylko kontynent, ale cała Ziemia doświadczyła ogromnego trzęsienia. Następnie oś Ziemi zaczęła się przesuwać. Budynki zapadły się, łańcuchy górskie zatrzęsły się i runęły podczas gdy cały świat robił wrażenie, jakby zaczął się przesuwać. Cała planeta zaczęła się napełniać wodą z niesamowitą ilością energii kinetycznej. Niekontrolowana fala zalała ogromne połacie lądu. Atlantyda zanurzyła się pod poziom wody i na skutek przesuniecia się całej ziemi, pozostała częściowo pod powierzchnią tego, co było w tym czasie Biegunem Północnym i pokryta została grubą powierzchnią lodu.”

…Ogromną wiedzę…. W środku okrąg, w którym uwidoczniony jest zodiak Dendery… Dwanaście wielkich znaków gwiezdnych… Drugi okrąg zawiera jeszcze bardziej skomplikowane elementy. trzdzieści sześć elementow, dzięki którym ówcześni ludzie byli w stanie obliczyć wcześniej czas poprzedniej katastrofy…

obraz Geb, ostatniego władcę Aha-Men-Ptah Atlantydy, umarł w katastrofie… Na głowie niesie on ciężar Ziemi, która się odrodzi za sprawą jego żony Nut. Jej udało się uciec i razem z innymi, którzy przeżyli założyła nową ojczyGnę.

„Bez właściwej wiedzy na temat tej mieszanki historycznych i duchowych zdarzeń nie możemy prawidłowo odtworzyć historii Egiptu. Przykładowo Sfinks jest okeślony jako lew, ponieważ poprzednia katastrofa miała miejsce w Erze Lwa. W Zodiaku Dendery można zauważyć złamane linie pod lwem. Są one symbolem ogromnych fal powodziowych.”

labirynt zawiera ogromną ilość hieroglifów dotyczących Exodus, w której Horus i Isis odgrywali główne role.

Tak bardzo zajęta analizą tych notatek w końcu zasnęła. Od trzech dni non stop nad nimi ślęczy, bo okazało się, że pominęła bardzo istotny szczegół, a mianowicie informacje o elemencie potrzebnym do użycia amuletu. Nie mogła popełnić więcej takiego błędu, szczególnie, że zdążyła już wynając samolot na wyprawę do Kairu. Wykopaliska już trwają, a przecież ona nie ma w zwyczaju przegrywać. Ich specjalista wyruszy do Egiptu najwcześniej nastepnej nocy [tak, miała wśród nich odpowiednich informatorów, w końcu należała do tej samej śmietanki], podczas gdy ona już dawno będzie na miejscu.

Obudziła się nagle o czwartej nad ranem. Cóż, w końcu w cale nie planowała tego snu. Prysznic, kilka tostów, potem się spakowała. Plecak i walizka, choć przeczuwała, że większość tych rzeczy w ogóle się nie przyda, to jednak głupio brać ze sobą tylko podręczny bagaż. Już po godzinie ładowała wszystko do Aston Martina, którym pojechała na lotnisko.

Godzina 23:30 czasu lokalnego. Egipt. Kair. Four Seasons Hotel.
W plecaku najpotrzebniejsze notatki [zdążyła je jeszcze raz dokładnie przejrzeć w samolocie i hotelu], latarka, zapas amunicji. Zarzuciła go na ramię i wyszła z bronią ukrytą pod płaszczem. Hotel usytuowany jest przy kompleksie trzech piramid, więc tym razem nie było potrzeby wynajmowania samochodu. Musiała jednak uważać, by nikt jej nie zauważył. Ściągnęła paski plecaka i ruszyła ku przygodzie.

Nie zdziwiła się wcale, gdy okazało się, że strażnikami nie są zwyczajni Arabowie. Załatwiła dwóch pierwszysch nabojami usypiającymi. Nie czekając na ewentualne pojawienie sie kolejnych, zabrała naboje [te usypiające nie wbijają się w ciało], przeskoczyła ogrodzenie i wspięła się ostrożnie z boku na Sfinksa. Nie musiała zaglądać do notatek, by sprawdzić, gdzie położone wejście. Nawet pomijając fakt, że znała wszystko na pamięć, trudno było nie zauważyć prowizorycznego namiotu ustawionego nad jeszcze nie odkopanym wejściem. Ześlizgnęła się po łapie posągu i szybko zniknęła pod białym płótnem zanim któryś z odwróconych tyłem strazników zdążył ją zauważyć. Tak jak myślała, czekali z otwarciem na swojego specjalistę, który miał pojawić się rano.

Wzięła leżącą obok łopatę i cicho odgarnęła piach z płyty wejściowej. Potem musiała się nieźle wysilić, żeby ten kawał kamienia podnieść. W srodku był dół, ale niezbyt głęboki, bo zdołała jeszcze zasunąć za soba kamienną płytę. Już chciała wyciągnąć latarkę, ale zastanowił ją unoszący się w powietrzu specyficzny zapach. Coś jakby ropa…
Wymacała w ścianie pochodnię. Doszła więc do wniosku, że lepiej będzie zapalić ją niż latarkę. Okazało się, że przed nią rozciąga się całkowicie pusty korytarz. Ściany nie były niczym pomalowane. Ruszyła więc naprzód.


  • RSS